Michael Wright
Thunderbolts in the playground
(Pioruny na boisku)
„The Daily Telegraph” z 26 sierpnia 1995 roku

Turystyczny folder zachęcający do odwiedzenia Edynburga nawołuje z okładki: „Jedno z najpiękniejszych miast w Europie”, co może być prawdą w odniesieniu do tuzina innych. Bardziej konkretny slogan autorstwa księcia Karola twierdzi: „Edynburg jest z pewnością najbardziej cywilizowanym miastem w Wielkiej Brytanii. Posiada unikalny charakter, sobie tylko właściwy urok i czar.” Ale najbardziej prawdziwe wydaje się jedno z najbanalniejszych haseł pomieszczonych w tym wydawnictwie: Something for everyone i nie mam tu na myśli faktu istnienia w stolicy Szkocji ponad 700 pubów. Oto w jednym tylko mieście odbywa się rocznie 16 wielkich festiwali, a wśród nich słynny Edinburgh International Festival (trzy tygodnie dla muzyki, teatru, opery i baletu) i Edinburgh Military Tattoo (przegląd paradnych orkiestr wojskowych na Zamku Edynburskim); pośród 8 teatrów w mieście najnowszy, Edinburgh Festival Theatre przy Nicolson Street, szczyci się największą sceną w całej Wielkiej Brytanii; pomiędzy 17 ważniejszymi muzeami miasta możemy znaleźć „najhałaśliwsze w świecie” Muzeum Dzieciństwa (Museum of Childhood, 42 High Street) i jedno z najcichszych – Muzeum Pisarzy, które prezentuje życie i twórczość trzech wielkich Szkotów: Scotta, Burnsa i Stevensona.
Artykuł pióra Wrighta dotyczy szczególnego wydarzenia artystycznego, jakie miało miejsce właśnie podczas ubiegłorocznego Festiwalu w Edynburgu1. Rzecz dotyczy teatru ulicznego, o którego dniu dzisiejszym angielski autor wypowiada się ze smutkiem, jako że najczęściej przedsięwzięcia tego typu nie przekraczają poziomu prezentowanego przez ulicznych grajków, klownów i żonglerów, główny nacisk kładąc na wątpliwej wartości zabawę. Żałosny to obraz, jeśli przypomni się, że początek teatrowi ulicznemu dały idee (mocno niekiedy polityczne) aktywizowania społeczeństwa w proteście przeciwko okrucieństwom współczesnego świata (w latach 60.: San Francisco Mime Troupe, nowojorski Bread and Puppet Theatre, El Teatro Campesino w Stanach Zjednoczonych, działalność Dario Fo we Włoszech, warszawska Akademia Ruchu w Polsce). Pierwotnym impulsem sprawczym dla tego typu form teatralnych była wojna w Wietnamie i oto, jakby w nawiązaniu do korzeni, z dramatem (w podwójnym sensie tego słowa) dotyczącym wojny w Bośni wystąpił na Festiwalu w Edynburgu polski Teatr Biuro Podróży.
„Ludzie teatru lubią mówić o »rytualnym« aspekcie dramatu – pisze o występie Teatru Biuro Podróży Wright – ale nie sądzę, bym kiedykolwiek widział sztukę, która emanuje taką quasi religijną mocą, czy która stwarza tak rzeczywiste poczucie zbiorowego i przejmującego katharsis”. Sceną dramatu jest szkolne boisko, po którym poruszają się na szczudłach muskularni aktorzy w skórzanych odzieniach. Trzaski ich batów brzmią niczym karabinowy wystrzały. Dookoła płomienie: palą się drewniane żerdzie przybite do stojaków na kapelusze, które – ogarnięte płomieniami – wyglądają niczym krzyże ognia. „Ostatnie bilety do spalonego teatru” wołają aktorzy wypuszczając w powietrze balony z przywiązanymi pochodniami. Ruchome ognie ulatują nad głowami widowni ponad szczyty dachów.
Szkolne boisko, w które rozwścieczony bóg ciska piorunami, łączy mit z dniem codziennym. Trudno – zdaniem Wrighta – o trafniejszą metaforę obojętności Zachodu wobec dramatu Bośni niż to asfaltowe boisko, z którego dobiegają głosy grających w piłkę dzieci, podczas gdy w odległości nie przekraczającej 40 metrów odbywa się – na scenie – zbiorowy gwałt.
Artykułowi Wrighta towarzyszy wielkich rozmiarów zdjęcie: nad kręgiem płonących krzyży (które przypominają nieco obraz S. Dali Płonąca żyrafa) wznosi się czarno odziana postać ze sztandarem uniesionym w górę (to z kolei – gdyby nie czarna barwa sztandaru – przypominałoby obraz E. Delacroix Wolność wiodąca lud na barykady).
1) Przytoczmy tytułem komentarza i uzupełnienia, co pisała o tym wydarzeniu kronika kulturalna „Dialogu”: Wśród tysiąca z górą spektakli edynburskiego fringe’u [dosł. „frędzel” – nazwa nadawana imprezom towarzyszącym festiwalowi oficjalnemu – przyp. mój – M. W.] zespołów polskich nie brakowało. Trzy z nich wystąpiły pod egidą Richarda Demarco (którego fundacja zaprosiła pięćdziesiąt zespołów i trzydzieści wystaw artystów z przeszło dwudziestu krajów). Największy sukces i nagrodę fringe’u uzyskało Biuro Podróży z oszałamiającym – jak go określił krytyk Scotsmana – spektaklem Carmen Funebre. Był Teatr Kana z Nocą (przedstawieniem, które w zeszłym roku zdobyło zarówno nagrodę fringe’u, jak i ogólnofestiwalową nagrodę krytyków) Teatr 3/4 z Everymanem. Przybył też dawny laureat fringe’u – Wierszalin z Klątwą oraz English Theatre Company z Warszawy (ze spektaklem według Diderota) i podobno Provisorium ze Współczuciem. Równorzędnych nagród Fringe First przyznaje się piętnaście, a co roku jakiś zespół polski jedną z nich zdobywa. To już dobra tradycja. Złą tradycją staje się natomiast to, że od wielu lat nie ma Polaków na festiwalu oficjalnym” – Edynburg ’95: Festiwal ulubieńców, „Dialog” 1995 nr 11 (listopad), s. 160.
materiał niepublikowany