Picasa
Kontakt
Jerome K. Jerome
Three Men on the Bummel


Tłumaczone przez
Mirosław Wójcik


Rozdział 3

Pewna wada Harrisa – Harris i jego Anioł Stróż – Patentowa lampa do roweru – Idealne siodełko – Specjalista od przeglądów – Jego orle oko – Jego metody – Jego niezmącona wiara w siebie – Jego niewyszukane i niezbyt kosztowne gusta – Jego wygląd – Jak się go pozbyć – George jako prorok – Subtelna sztuka niezrozumiałego wyrażania się w obcym języku – George jako badacz ludzkiej natury – George proponuje przeprowadzenie eksperymentu – Jego roztropność – Zapewnione wsparcie ze strony Harrisa, ale z zastrzeżeniami

W poniedziałek rano zaszedł Harris; w ręce trzymał pismo dla rowerzystów.
Powiedziałem: “Posłuchaj mojej rady i daj sobie z tym spokój”.
Na co Harris: “Z czym dać sobie spokój?”
Na co ja: “Z tą absolutnie nową, opatentowaną, rewolucjonizującą cyklistykę bzdurą, z tym co-by-to-nie-było, a czego ogłoszenie masz tam w ręce.”
Na co on: “No cóż, sam nie wiem; będziemy musieli pokonywać strome wzniesienia; sądzę, że przyda się nam dobry hamulec.”
Ja: “Zgoda, hamulec się nam przyda. Nie przyda nam się natomiast mechaniczna niespodzianka, której działania nie rozumiemy i która nigdy nie działa, kiedy jest potrzebna.”
“To – powiedział – działa automatycznie.”
“Nawet mi nie mów – powiedziałem. – Doskonale wiem, co będzie z tym hamulcem; mój instynkt mi to mówi. Przy podjeździe zakleszczy koło tak skutecznie, że sami będziemy musieli wnieść rowery na górę. Powietrze na szczycie posłuży hamulcowi tak bardzo, że nagle zacznie działać prawidłowo. Przy zjeżdżaniu z góry zacznie się sumitować, jaką to jest zakałą. To doprowadzi go do wyrzutów sumienia i na koniec do rozpaczy. Powie sobie w duchu: Nie godzien jestem nazywać się hamulcem. Ci poczciwcy nie mają ze mnie żadnego pożytku, a jedynie im zawadzam. Przekleństwo – oto czym jestem – i, bez słowa ostrzeżenia, rozsypie się na dobre. Tak to będzie z tym hamulcem. Daj sobie spokój. Jesteś dobrym człowiekiem – ciągnąłem – ale masz jedną wadę”.
“Jaką?” – zapytał z oburzeniem.
“Jesteś zbyt łatwowierny – odpowiedziałem. – Wystarczy, że przeczytasz jakieś ogłoszenie i już w nie wierzysz. Wypróbowałeś wszystkie wynalazki, które przyszły do głowy wszystkim głupcom, a które mają cokolwiek wspólnego z cyklistyką. Twój anioł stróż to – jak można mniemać – zdolny i skrupulatny duch i, jak dotychczas, nie opuścił cię w potrzebie. Posłuchaj mojej rady i nie żądaj od niego za wiele. On i tak ma ręce pełne roboty, od kiedy zacząłeś jeździć na rowerze. Skończ z tym, zanim doprowadzisz go do szaleństwa.”
On na to: “Jeśli tak mówiłby każdy człowiek, nie byłoby postępu w żadnej dziedzinie życia. Jeśli nikt nie testowałby nowości, świat zamarłby w bezruchu. To właśnie poprzez ...”
“Znam wszystkie możliwe argumenty, które przemawiają na twoją korzyść – powiedziałem. – Zgadzam się na testowanie nowości do trzydziestego piątego roku życia, ale po trzydziestym piątym roku człowiek – jak sądzę – jest zobowiązany myśleć o sobie. I ja, i ty wypełniliśmy nasze obowiązki w tym względzie, a już zwłaszcza ty. Wybuchła ci ta patentowa lampa gazowa...”
Na co on: “Wiesz, tak naprawdę, myślę, że to była moja wina. Wydaje mi się, że za mocno ją podkręciłem”.
Na co ja: Jestem gotów uwierzyć, że jeśli w ogóle istniał jakiś niewłaściwy sposób obchodzenia się z tą lampą, to był to ten właśnie, do którego się uciekłeś. Powinieneś zastanowić się na tą twoją skłonnością; to nie jest bez znaczenia w naszym sporze. Jeśli o mnie chodzi, wiem tyle, że jechaliśmy sobie spokojnie i przyjemnie wzdłuż Whitby Road rozmawiając o Wojnie Trzydziestoletniej, kiedy twoja lampa wystrzeliła niczym pistolet. Na taki sygnał startu ja runąłem do rowu; natomiast twarz twojej żony, kiedy mówiłem jej, że nic takiego się nie stało i nie ma powodu się martwić tym, że dwóch ludzi niesie cię na górę, i że za chwilę ma zjawić się doktor z pielęgniarką, nadal jawi się w mojej pamięci.
Na co on: “Żałuję, że nie przyszło ci do głowy zabrać tej lampy. Ciekaw jestem, co naprawdę spowodowało ten wystrzał.”
Na co ja: “Na to, by zabrać lampę, nie było czasu. Jak oszacowałem, jej pozbieranie zajęłoby dwie godziny. Co zaś tyczy się owego wystrzału, to już sam fakt, iż reklamowano to jako najbezpieczniejszą lampę, jaka kiedykolwiek została wynaleziona, sugerowałby każdemu – tylko nie tobie – możliwość wypadku. Potem przyszła kolej na lampę elektryczną – ciągnąłem”.
– “No, ta dawała naprawdę silne światło – odpowiedział. – Sam to mówiłeś.”
Ja: “W Brighton na King‘s Road dała tak wspaniałe światło, że spłoszyła konia. Ale kiedy minęliśmy Kemp Town i zapadł zmrok, lampa przestała świecić i byłeś skazany na jazdę bez światła. Pamiętasz być może, że w słoneczne popołudnia zwykłeś jeździć z włączoną lampą, świecącą do kresu możliwości. Kiedy nadchodziła pora włączania świateł, twoja lampa była naturalnie wyczerpana i potrzebowała wytchnienia.”
“Tak, to mnie nieco irytowało – mruknął. – Pamiętam tę lampę.”
“Irytować to ona mogła mnie. Z tobą musiało być o wiele gorzej. Teraz kolej na siodełka – nie dawałem za wygraną. Chciałem, by tym razem moja nauka poszła mu w pięty. Czy pamiętasz jakąkolwiek reklamę siodełka, którego nie wypróbowałeś?”
Na co on: “Nadal żywię nadzieję, że kiedyś zostanie wynalezione właściwe siodełko.”
Na co ja: “Pożegnaj się ze swoją nadzieją; w naszym niedoskonałym świecie smutek i radość są splecione nierozłącznie. Może jest gdzieś kraina, gdzie siodełka wyrabia się z tęczy i wypycha obłoczkami, w naszym świecie jednak najprościej jest przywyknąć do czegoś twardego. Pamiętam to siodełko, które kupiłeś w Birmingham; było przepołowione przez środek i wyglądało jak para nerek.”
On: “Masz na myśli to zrobione zgodnie z zasadami anatomii.”
– “Całkiem możliwe. Na pudełku, w którym je nabyłeś, widniał obrazek siedzącego szkieletu – czy raczej tę jego część, na której się siedzi.”
Na co on: “To był jak najbardziej poprawny rysunek: demonstrował właściwą pozycję ...”
Ja: “Darujmy sobie szczegóły; mnie ta ilustracja zawsze wydawała się mało stosowna.”
On: “Z medycznego punktu widzenia była właściwa.”
“Być może – powiedziałem – jeśli ma się same kości. Wiem tylko, że wypróbowałem owo siodełko osobiście i dla kogoś, kto ma jeszcze ciało, to były tortury. Za każdym razem, kiedy wjechałeś na kamyk albo w koleinę, dostawałeś się w jego szczęki. To było coś jak jazda na rozzłoszczonym homarze. Jeździłeś tak przez miesiąc.”
– “Sądziłem, że rozsądną rzeczą będzie solidnie je wypróbować” – odpowiedział.
Na co ja: “A przy okazji wypróbowałeś solidnie swoją rodzinę, jeśli pozwolisz na szczyptę językowego grubiaństwa. Twoja żona wyznała mi, iż nigdy w czasie waszego pożycia małżeńskiego nie widziała cię jeszcze tak wściekłego i tak mało chrześcijańskiego, jak przez ten miesiąc. Idźmy dalej: pamiętasz następne siodełko, to ze sprężyną pod spodem?”
On: “Masz na myśli » Spiralę« ”.
Ja: “Mam na myśli to, które ciskało tobą w górę i w dół niczym pajaca na sprężynie – niekiedy udawało ci się spaść na właściwe miejsce, niekiedy jednak nie. Nie mówię o tym po to jedynie, by przywoływać bolesne wspomnienia, ale chcę, byś pojął wreszcie, jakim szaleństwem jest wypróbowywanie nowości w twoim wieku.”
On: “Prosiłbym, byś nie nastawał tak ciągle na mój wiek. Mężczyzna w wieku 34 lat...”
– “Mężczyzna w jakim wieku?”
On: “Jeśli nie chcesz tego hamulca, nie musisz go mieć. Ale jeśli twój rower razem z tobą runie z góry, a ty i George wybijecie dziurę w kościelnym dachu, nie miej do mnie pretensji.”
– “Nie mogę wypowiadać się w imieniu Georga – powiedziałem. – wiesz, że niekiedy byle co go denerwuje. Jeśli wypadek, który sugerujesz, rzeczywiście się przydarzy, George istotnie może być zmartwiony, ale postaram się wówczas wytłumaczyć mu, że to nie była twoja wina.”
– “Jak rower?”– zapytał.
– “Tandem – odpowiedziałem – ma się dobrze.”
On na to: “Zrobiłeś mu gruntowny przegląd?”
Na co ja: “Nie. I nikt inny też go nie będzie przeglądał. Teraz jest gotów do jazdy i w takimże stanie pozostanie do chwili naszego wyjazdu.”
Mam już doświadczenie w kwestii tego “przeglądania”. Znałem pewnego człowieka z Folkestone. Spotykałem go na Lees. Któregoś wieczoru zaproponował, byśmy nazajutrz udali się na długą wycieczkę rowerową, a ja się zgodziłem. Wstałem – jak na mnie – wcześnie; kosztowało mnie to sporo, dlatego też byłem z siebie dumny. On natomiast przyszedł z półgodzinnym spóźnieniem. Czekałem na niego w ogrodzie. Mieliśmy piękny dzień. Powiedział:
– “Świetnie wygląda ta twoja maszyna. Jak ci się jeździ?”
– “Och, wiesz, jak to jest z rowerami – odpowiedziałem. – Jeżdżą lekko rano, ale po lunchu robią się oporne.”
Pochwycił rower za przednie koło i widełki i potrząsnął nim gwałtownie.
Zawołałem: “Nie rób tego; przecież uszkodzisz.”
Nie miałem pojęcia, dlaczego nim potrząsał – mój rower nic mu nie zrobił. Poza tym, jeśli tandem istotnie potrzebowałby wstrząsów, to ja byłem właściwą osobą do trzęsienia. Czułem się tak, jak chyba czułbym się w chwili, gdyby zaczął bić mojego psa.
Powiedział: “Przednie koło grzechocze.”
Ja: “Nie, jeśli ty nim nie grzechoczesz.” Nie grzechotało w samej rzeczy – nawet nie warto tego nazywać grzechotaniem.
Na co on: “To jest niebezpieczne. Masz klucz francuski?”
Powinienem być nieustępliwy, ale pomyślałem, że może on naprawdę się na tym zna. Poszedłem poszukać czegoś odpowiedniego w szopie z narzędziami. Kiedy wróciłem, on już siedział na ziemi trzymając przednie koło pomiędzy nogami. Na żwirowej ścieżce za nim leżały resztki roweru.
Powiedział: “Coś się stało z twoim kołem.”
“Na to wygląda, prawda?” – odrzekłem. Ale mój towarzysz był typem człowieka, który nie zna się na żartach.
On: “Wydaje się, że łożyska są zupełnie do niczego.”
Na co ja: “Nie przejmuj się tym w ogóle; zmęczysz się tylko. Poskładajmy to i jedźmy.”
Na co on: “Równie dobrze możemy zobaczyć, co się dzieje z tym kołem, jeśli już jest wyjęte.” Mówił o tym tak, jakby to koło wypadło przypadkowo.
Zanim zdołałem go powstrzymać, coś gdzieś poodkręcał i na ścieżkę rozsypało się coś koło tuzina małych kulek.
“Łap je! – zakrzyknął. – Łap je! nie wolno nam zgubić ani jednej!” Był nimi wyraźnie podniecony.
Pełzaliśmy z nosami przy ziemi coś około pół godziny i znaleźliśmy szesnaście. Wówczas powiedział, że ma nadzieję, iż udało się nam znaleźć wszystkie, ponieważ w innym wypadku miałoby to znaczny wpływ na działanie roweru. Jak powiedział, nic nie zasługuje na baczniejszą uwagę wówczas, gdy rozbiera się rower na części, niż śledzenie, czy nie zgubiło się żadnej z owych kulek. Wyjaśnił, iż powinno się je policzyć przy wyjmowaniu i dopilnować, czy dokładnie taka sama ich liczba trafiła na powrót we właściwe miejsce. Przyrzekłem, iż będę pamiętał o jego radach, jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi rozbierać rower na części.
Dla bezpieczeństwa umieściłem kulki w kapeluszu, ten zaś położyłem na progu. To nie było rozsądne, przyznaję. W istocie, było to głupie. Z zasady nie tracę łatwo głowy, ale jego wpływ musiał jakoś na mnie podziałać.
Mój towarzysz orzekł następnie, że jeśli już się za to zabrał, to może sprawdzić łańcuch i niezwłocznie przystąpił do zdejmowania przerzutki. Usiłowałem mu to wyperswadować, naprawdę. Przytoczyłem słowa mojego wielce doświadczonego przyjaciela, który z całą powagą rzekł: “Jeśli cokolwiek złego dzieje się z twoją przerzutką, sprzedaj rower i kup nowy – to wychodzi taniej.”
Na co on: “Tak mówią ludzie, którzy w ogóle się nie znają na rowerach. Nie ma nic łatwiejszego od rozbierania przerzutki.”
Muszę przyznać, że miał rację. Nie minęło pięć minut, a przerzutka już leżała na ścieżce w dwóch częściach, on zaś pełzał z nosem przy ziemi poszukując śrubek. Powiedział przy tym, iż sposób, w jaki śrubki znikają, zawsze stanowił dlań tajemnicę.
Wciąż jeszcze poszukiwaliśmy owych śrubek, kiedy wyszła do nas Ethelbertha. Zdawała się być zaskoczona widząc nas w ogrodzie, myślała bowiem, że wyruszyliśmy już kilka godzin temu.
On na to: “Już kończymy. Pomagam właśnie mężowi pani w przeglądzie jego roweru. To dobra maszyna, ale wszystkie one niekiedy szwankują.”
Ethelbertha powiedziała: “Jeśli będzie się pan chciał się umyć po skończonej pracy, proszę skorzystać z kuchni na tyłach domu, jeśli łaska; dziewczynki właśnie skończyły sprzątać sypialnie.”
Do mnie zaś rzekła, że jeśli spotka Kate, wybiorą się obie na łódkę, wówczas jednak żadnym sposobem nie wróci na lunch. Dałbym suwerena, by iść z nią. Zaczynałem mieć serdecznie dosyć stania i patrzenia na tego durnia, który rozbrajał mój rower.
Zdrowy rozsądek szeptał mi na ucho: “Powstrzymaj go, zanim zrobi więcej szkód. Masz przecież prawo chronić swoją własność przed niszczycielskim działaniem szaleńca. Chwyć go za kark i wykop za bramę!”
Ale kiedy przychodzi mi ranić uczucia innych ludzi, staję się uległy, dlatego pozwoliłem mu grzebać się dalej.
Dał sobie spokój z szukaniem reszty śrubek. Jak powiedział, śrubki mają dziwny dar pokazywania się wtedy, gdy się ich najmniej można spodziewać, on zatem rzuci teraz okiem na łańcuch. Zaciskał go tak długo, aż nie sposób było go ruszyć; następnie poluzował go tak, iż był dwukrotnie luźniejszy niż na początku. Potem powiedział, że powinniśmy raczej pomyśleć o zamontowaniu na powrót przedniego koła.
Ja trzymałem rozchylone widełki, a on manewrował kołem. Po dziesięciu minutach zaproponowałem, aby teraz on potrzymał widełki, a ja zajmę się kołem; zamieniliśmy się zatem miejscami. Na krótko przed upływem jego pierwszej minuty, rzucił nagle rower i ruszył spiesznie na krótki spacer dokoła pola do krokieta, zacisnąwszy pomiędzy udami starannie złożone dłonie. Spacerując tak objaśnił mnie, że ze wszech miar należy unikać włożenia palców pomiędzy widełki a szprychy koła. Odrzekłem na to, iż własne doświadczenie pozwala mi stwierdzić, iż wiele jest prawdy w tym, co mówi. Owinął rękę w kilka szmatek i rozpoczęliśmy na nowo naszą pracę. W końcu wstawiliśmy koło na właściwe miejsce, ale w tym samym momencie, w którym w miejscu tym się znalazło, on parsknął śmiechem.
Na to ja: “Co w tym śmiesznego?”
Na to on: “No tak, osioł ze mnie!”
Po raz pierwszy powiedział coś, czym zaskarbił sobie mój szacunek. Zapytałem, jak doszedł do tego odkrycia.
Powiedział: “Zapomnieliśmy o kulkach!”
Spojrzałem na mój kapelusz: leżał na środku ścieżki do góry dnem, a ulubiony pies Ethelberthy połykał owe kulki tak szybko, jak tylko dawał radę je pochwycić.
– “Zdechnie od tego!” – zawołał Ebbson. Nigdy potem już go, dzięki Bogu, nie spotkałem, ale wydaje mi się, że nazywał się Ebbson. – To jest lane żelazo!”
Ja: “Wcale się nie martwię o psa. W tym tygodniu zjadł już sznurowadło i pudełko igieł. Natura to najlepszy doradca, a zwierzęta zdają się potrzebować tego rodzaju bodźców. Moje zmartwienie to rower.”
Mój towarzysz był w świetnym usposobieniu. Powiedział: “No cóż, musimy włożyć wszystkie, jakie uda się nam znaleźć i miejmy ufność w Opatrzności”.
Znaleźliśmy jedenaście. Umieściliśmy sześć po jednej stronie, pięć po drugiej, w pół godziny później koło było ponownie na swoim miejscu. Nie trzeba dodawać, że teraz naprawdę grzechotało, nawet dziecko by to zauważyło. Ebbson orzekł, że na razie wystarczy. Wyglądał na co nieco zmęczonego. Myślę, że gdybym mu na to pozwolił, chętnie poszedłby teraz do domu. Jednak uparłem się, że powinien zostać i skończyć; zaniechałem już myśli o wycieczce. Moja duma z roweru została zamordowana. Jedyne, na czym mi teraz zależało, to zobaczyć mojego towarzysza podrapanego, posiniaczonego i pokaleczonego. Ożywiłem upadającego weń ducha szklanką piwa i kilkoma wyważonymi pochwałami. Powiedziałem:
– “Obserwowanie twoich wysiłków przynosi mi rzeczywiste korzyści. Fascynują mnie nie tylko twoje umiejętności i zręczność, ale i ta twoja niezmącona wiara w siebie samego, ta twoja niewytłumaczalna ufność, która koi mego ducha.”
Zachęcony w ten sposób przystąpił do składania przerzutki. Oparł rower o dom i zabrał się doń od prawej strony. Następnie oparł go o drzewo i pracował po lewej stronie. Następnie ja trzymałem rower, podczas gdy on leżał na ziemi wcisnąwszy głowę pomiędzy koła i naprawiał od spodu brudząc się kapiącym nań smarem. Następnie zabrał mi rower i złożył się przezeń na podobieństwo jucznego siodła, po czym stracił równowagę i runął głową naprzód.
Trzy razy powiedział:
– “Dzięki Bogu, nareszcie dobrze!”
Dwukrotnie powiedział:
– “Nie, za cholerę, to jeszcze nie tak!”
Staram się zapomnieć, co powiedział na koniec.
Stracił panowanie nad sobą i zaczął znęcać się nad rowerem. Tandem, na co przyjemnie było popatrzeć, przejawiał prawdziwego ducha walki; to, co działo się później niewiele różniło się od prawdziwego starcia pomiędzy nim a rowerem. W jednej chwili rower leżał na żwirowej ścieżce, a on nad nim; w następnej sytuacja się zmieniała – teraz on leżał na ścieżce, a rower był nad nim. Raz on stał kraśniejąc dumą zwycięzcy, a rower unieruchomiony był skutecznie pomiędzy jego nogami. Ale triumf okazywał się krótkotrwały. Nagłym, szybkim ruchem tandem oswobadzał się, i obracając się ku niemu, zadawał mu silny cios w głowę jedną z rączek kierownicy.
Była za kwadrans pierwsza, gdy mój towarzysz brudny i rozczochrany, pokaleczony i krwawiący rzekł: “Myślę, że wystarczy” i powstał, i otarł brew.
Rower wyglądał tak, jakby i on miał już dość. Który z nich został surowiej ukarany, nie sposób było orzec. Zaprowadziłem mojego towarzysza do kuchni na tyłach domu, gdzie – na ile jest to możliwe bez sody i odpowiednich przyborów – umył się, poczem puściłem go do domu.
Rower natomiast zabrałem do taksówki i zawiozłem do pobliskiego zakładu naprawczego. Przyszedł biegły w tych sprawach majster i obejrzał moją maszynę.
– “Co pan chce, bym z tym zrobił?” – zapytał.
– “Chodzi mi – odpowiedziałem – o renowację, na ile to możliwe.”
– “Nieco już na to za późno – rzekł. – Ale zrobię, co będę mógł.”
Istotnie, zrobił, co mógł, a co kosztowało mnie dwa funty 10 szylingów. Ale to już nie była ta sama maszyna i przy końcu sezonu powierzyłem rower w ręce pośrednika handlowego, by go sprzedał. Nie chciałem nikogo oszukiwać; poleciłem temu człowiekowi, by reklamował mój rower jako jednoroczny. Pośrednik radził jednak, by w ogóle nie wspominać wieku. Powiedział:
– “W tych sprawach nie jest ważne, co jest prawdą, a co nie; ważne jest, w co ludzie uwierzą. Tak mówiąc pomiędzy nami, ten rower nie wygląda na jednoroczny; a jeśli już o wygląd chodzi, to on wygląda na dziesięcioletnią maszynę. Nie będziemy mówić o jego wieku, weźmiemy po prostu za niego tyle, ile się da.”
Zostawiłem tę sprawę na jego głowie, on zaś sprzedał rower za pięć funtów, co było sumą – jak powiedział – wyższą niż się spodziewał.
Są dwa sposoby korzystania z roweru: można robić jego przegląd albo na nim jeździć. Ogólnie rzecz biorąc, nie jestem pewien, czy człowiek, który czerpie radość z przeglądania, nie jest w lepszej sytuacji. Jest przecież uniezależniony od pogody i wiatru, nie niepokoi go stan nawierzchni dróg. Daj mu klucz, kilka szmatek, oliwiarkę, coś do siedzenia i już jest szczęśliwy przez cały dzień. Oczywiście, musi także znosić pewne niedogodności; nie ma róży bez kolców. Człowiek taki wygląda ciągle niczym wędrowny druciarz, a wygląd jego roweru każe myśleć, że ukradłszy go wpierw, teraz próbuje go przerobić, ale jako że właściciel roweru rzadko wyjeżdża na nim dalej niż milę za miasto, nie ma to większego znaczenia. Błędem, który popełniają niektórzy ludzie, jest mniemanie, iż możliwe jest korzystanie z obu form rozrywki na tym samym rowerze. Jest to niemożliwe; żaden mechanizm nie wytrzyma podwójnego obciążenia. Trzeba się zdecydować, czy się chce przeglądać, czy jeździć. Co do mnie, wolę jeździć, dlatego też dbam o to, by w moim najbliższym otoczeniu nie znalazło się coś, co kusiłoby mnie do przeglądania. Kiedy coś się już stanie z moim rowerem, zawożę go do najbliższego zakładu naprawczego. Jeśli jest za daleko, bym mógł dojść do najbliższego miasteczka czy wsi, siadam na poboczu drogi i czekam, aż nadjedzie jakiś pojazd. Zawsze w takiej sytuacji największym niebezpieczeństwem są wędrowni “specjaliści od przeglądów”. Dla takiego “specjalisty” widok zepsutego roweru jest tym samym, czym przydrożna padlina dla wrony; rzuca się nań z przepełnionym żądzą pomocy okrzykiem triumfu. Początkowo uciekałem się do grzeczności. Mówiłem:
– “To nic takiego, proszę się nie kłopotać. Proszę jechać dalej i nie psuć sobie dobrego nastroju, proszę wyświadczyć mi tę łaskę i odjechać.”
Doświadczenie jednakże nauczyło mnie, iż w tak krytycznych sytuacjach podobna kurtuazja nie ma zastosowania. Teraz mówię:
– “Jedź dalej i zostaw to w spokoju, bo strącę ci ten głupi łeb.”
Jeśli przy tym wyglądasz na zdecydowanego i masz w ręce w miarę solidną pałę, to zazwyczaj udaje ci się takiego “specjalisty” pozbyć.
Później przyszedł George. Powiedział:
– “No, jak sądzisz, czy wszystko będzie gotowe na czas?”
Ja na to: “Do środy wszystko będzie gotowe, poza, być może, tobą i Harrisem.”
Na co on: “Jak rower?”
– “Tandem – powiedziałem – ma się dobrze.”
Na co on: “Nie sądzisz, że przyda mu się gruntowny przegląd?”
Odpowiedziałem: “Mój wiek i doświadczenie nauczyły mnie, że są takie sprawy, co do których dobrze jest, jeśli człowiek jest ich pewien. W konsekwencji tego pozostała mi obecnie już tylko ograniczona ilość kwestii, w obliczu których nie czuję się zbyt pewnie. Niemniej jednak, pośród tych wciąż niezachwianych przekonań, jest i to przeświadczenie, że mój tandem nie potrzebuje żadnego przeglądu. Mam również przeczucie, iż – jeśli tylko będę żył w dalszym ciągu – żadna ludzka istota począwszy od teraz aż do środowego poranka nie będzie tego tandemu przeglądała.”
George powiedział: “Na twoim miejscu, nie pokazywałbym po sobie, że mnie to tak denerwuje. Przyjdzie i taki dzień, i to może już w nieodległej przyszłości, kiedy twój rower znajdzie się w punkcie, w którym od najbliższego zakładu naprawczego będzie go dzieliło kilka gór i wówczas będzie musiał – wbrew twojemu chronicznemu pragnieniu odpoczywania w tym akurat momencie – przejść generalny przegląd. Wtedy będziesz prosił ludzi dokoła, by ci powiedzieli, gdzie położyłeś oliwiarkę, i co zrobiłeś z kluczem francuskim. A potem, kiedy stracisz wszystkie swoje siły trzymając rower oparty o drzewo, zaproponujesz, by może ktoś inny wyczyścił łańcuch czy napompował tylne koło.”
Czułem, że w naganie Georga pobrzmiewa prawda – i jakaś cząstka profetycznej mądrości. Powiedziałem:
– “Wybacz, jeśli wydaję ci się gruboskórny. Prawda jest taka, że dziś rano był tu Harris ...”
Na co George: “Nic już nie mów; rozumiem doskonale. Poza tym przyszedłem do ciebie w zupełnie innej sprawie. Spójrz na to.”
Wręczył mi małą książeczkę oprawioną w czerwone płótno. Były to rozmówki angielskie przeznaczone dla niemieckich turystów. Rozpoczynało się to “Na statku”, a dalej “U doktora”; najdłuższy rozdział książki poświęcony był rozmowom toczonym w wagonie kolejowym, w przedziale pełnym, jak się zdaje, kłótliwych i grubiańskich pomyleńców: “Czy może się pan bardziej odsunąć ode mnie?” – “To niemożliwe, droga pani, mój sąsiad jest bardzo tęgi.” – “Pozwolicie państwo, że przełożymy inaczej nogi?” – “Na miłość boską, trzymaj pan łokcie przy sobie.” – “Błagam, niech pani się nie krępuje, jeśli chce pani skorzystać z mojego ramienia”; czy było to powiedziane z sarkazmem, czy nie, nie sposób się było zorientować. “Zmuszony jestem prosić, by się pani troszeczkę przesunęła; już ledwo dyszę.” – autor pewnie sądził, że do tego czasu całe towarzystwo leżało splątane na podłodze. Rozdział kończyło zdanie: “Dojechaliśmy! Bogu niech będą dzięki!” (Gott sei dank!) – wielce pobożne zawołanie, które w tej sytuacji trzeba byłoby potraktować jako partię chóru.
Na końcu książki zamieszczono dodatek, wspierający niemieckiego podróżnika radami, jak troszczyć się o zdrowie i wygody podczas pobytu w angielskich miastach; najważniejsze z owych porad przykazywały, by zawsze wozić ze sobą środki dezynfekujące, zamykać zawsze na noc drzwi od sypialni i zawsze uważnie liczyć wydawaną resztę.
– “Olśniewająca publikacja to to nie jest” – zauważyłem, oddając książkę Georgowi. – “Nie jest to z pewnością książka, którą osobiście poleciłbym jakiemukolwiek Niemcowi zamierzającemu odwiedzić Anglię; myślę, że taka książka mogłaby go tylko zniechęcić. Ale czytałem równie głupie książki wydane w Londynie na użytek angielskich turystów jeżdżących za granicę. Zawsze znajdą się jacyś wykształceni idioci, mylący siedem języków, gotowi pisać podobne książki, by wprowadzać w błąd i udzielać fałszywych porad na temat współczesnej Europy.”
– “Nie zaprzeczysz jednak – rzekł George – że te książki cieszą się wielkim zainteresowaniem. Wiem, że sprzedaje się ich tysiące. W każdym europejskim mieście spotkasz ludzi mówiących w ten sposób.”
– “Być może – odpowiedziałem – ale na szczęście, nikt ich nie rozumie. Kiedyś sam widziałem kilka takich osób: na peronie czy na rogu ulicy czytających na głos zdania z tych książek. Nikt nie wiedział, w jakim języku oni mówią, nikt też nie miał najmniejszego pojęcia, co oni mówią. Może to i lepiej, bo gdyby ich kto zrozumiał, dostaliby prawdopodobnie tęgie lanie.”
George powiedział: “Może i masz rację; mój pomysł polega właśnie na tym, by zobaczyć, co się stanie, jeśli by kto ich zrozumiał. Proponuję udać się do Londynu wcześnie rano w środę i spędzić godzinkę lub dwie na chodzeniu po sklepach i kupowaniu z pomocą tej książki. Potrzebuję kilku drobiazgów: między innymi kapelusza i pary nocnych pantofli. Nasza łódź nie wyruszy z Tilbury przed dwunastą, a zatem będziemy mieli trochę czasu. Chciałbym wypróbować ten rodzaj konwersacji w takim miejscu, gdzie będę mógł właściwie osądzić jej skutek. Chciałbym się dowiedzieć, jak czuje się obcokrajowiec, kiedy się doń mówi w ten sposób.”
Poruszyło to we mnie żyłkę sportowca. Uniesiony entuzjazmem zaproponowałem, że będę mu towarzyszył i czekał na zewnątrz sklepu. Powiedziałem, że chyba i Harris będzie chciał wejść do spółki – ale co do sklepu, to chyba będzie wolał wyjść.
George powiedział, że niezupełnie tak to sobie wyobrażał. Jego projekt zakładał, że Harris i ja będziemy mu towarzyszyli w sklepie. Z Harrisem, który wygląda strasznie, i który miał mu być pomocą, i ze mną, który miałem stać przy drzwiach, by w razie czego wezwać policję, George odważyłby się na tę przygodę.
Zaszliśmy do Harrisa i wyłożyliśmy mu tę sprawę. Przejrzał książkę, zwracając szczególną uwagę na rozdział mówiący o kupowaniu butów i kapeluszy.
I rzekł:
– “Jeśli George odezwie się do jakiegokolwiek szewca albo kapelusznika w ten sposób, jaki się tutaj zaleca, to nie będzie potrzebował pomocy, ale przewiezienia do szpitala.”
To rozzłościło Georga.
– “Mówisz tak – powiedział George – jakbym był nierozsądnym wyrostkiem pozbawionym rozumu. Będę wybierał wypowiedzi spośród tych bardziej uprzejmych, a unikał tych bardziej prostackich.”
Zrozumiawszy to dogłębnie, Harris powiadomił nas o swoim udziale w tym przedsięwzięciu, którego początek został ustalony na środę rano.