Picasa
Kontakt


Jan Błoński, Sławomir Mrożek, Listy 1963-1996, wstęp Tadeusz Nyczek, przypisy Maciej Urbanowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004, 611 s.


s. 48, Jan Błoński:
[...] cham nie ufa prawu, nie widząc zeń bezpośredniego pożytku: ukraść i uciec, oto wniosek, jaki podświadomie wyciąga ze swego, przyznajmy, niewesołego doświadczenia.

s. 165-166, Jan Błoński:
[...] w gruncie rzeczy, jedną z najbardziej zbawczych czynności, jakie możemy robić, jest mówienie rzeczy prostych, pisanie czarno na białym... bo inaczej blednie myśl świętokradcza, to zaś, co małżonce się w ucho wszeptuje na poduszce wspólnej, też nie ma tej mocy, która jest potrzebna, aby wyciągnąć wnioski. Pamiętasz, jak się przed laty wybrzydzano na różnych odwilżowych publicystów: że niby wszystko, co napisali, wszyscy wiedzieli. Taka samoobrona tchórzliwych zawsze mnie gniewała; trzeba pisać nawet oczywistości, choćby po to, aby je zobaczyć z zewnątrz.
Jesteśmy na pewno świadkami któregoś tam z kolei aktu bardzo dziwnego przedsięwzięcia: stopniowego mordowania idei, za którą były gotowe umierać miliony, która reprezentowała wszystko, co piękne, szlachetne etc. To jest wersja optymistyczna; można też wyłuskać pesymistyczną, tzn. uznać, że „wszystko co piękne” było pozorem, a naprawdę chodziło o zamianę oligarchii i pomstę graduszczego chama, który gotów był odnowić system produkcji itd., byle zostać z chłopa królem. Skłaniam się ku optymistycznej, chociaż jest ona optymistyczna tylko intelektualnie, praktycznie żadnych lepszych przewidywań na przyszłość nam nie pozwala. Gnicie idei - straszliwa formułka Miłosza: „jest ONR-u spadkobiercą partia” - nad wyraz jest przykre i smrodliwe, tym bardziej że trwa szantaż moralny na minione piękno, Waryńskiego, Komunę Paryską etc. Masz jednak rację, mówiąc, że tak się dzieje, jakby następowało wewnętrzne opróżnienie Idei z jej dotychczasowych treści, z tym, dodałbym, że zastępują stare treści nowe, będące dokładnym przeciwstawieniem dawnych. Tak więc internacjonalizm (czy kosmopolityzm, obywatelstwo świata) zostało zastąpione koszmarnym nacjonalizmem; swobodny rozwój kulturalny (pamiętasz proroctwa, w myśl których różnice kulturalne miały zastąpić polityczne...) - jawną pogardą dla kultury etc., etc. 

s. 162, Sławomir Mrożek: 
Dlaczego tak się śmiejemy z tych Niemców, którzy teraz się tłumaczą: „byłem tylko kółkiem w maszynie” albo „ja nie wiedziałem”, „nie mogłem się sprzeciwić”, „to partia, to nie ja”. A Polska dzisiejsza, to coś, co by mogło ciągnąć się w Niemczech jako mechanika społeczna, polityczna, gdyby nie wojna i zlikwidowanie tej sprawy w Niemczech za pomocą prostego wymazania mechanicznego, Niemcy hitlerowskie po śmierci Hitlera w dalszej ewolucji z punktów wyjściowych tych samych. Jednego nie rozumiem: skąd u nas to poczucie wyższości moralnej, czystości, w stosunku do Niemców. Gdybyśmy sobie to uświadomili, grzebanie się w tych trupach oświęcimskich przestałoby być używaniem tych trupów jak sztonów w grze (zawsze budzi się we mnie obrzydzenie, kiedy zagłębiam się w polską propagandę martyrologiczną, robioną ze świętym namaszczeniem i poczuciem własnej niezwykłej dobroci, uzyskanej przez prosty zabieg porównujący, wystarczy donieść, jak to Kazio męczył kota, żeby pośrednio powiedzieć: ja jestem grzeczny i proszę o cukierka), ale stałoby się drążeniem pożytecznym, szukaniem odpowiedzi na pytanie: jak to się stało, jaki zespół warunków był potrzebny, żeby wyszło z człowieka to, co wyszło i co w każdym z nas siedzi? Ale o tym nie ma mowy, bo tu niebezpiecznie blisko byśmy zawędrowali do naszych spraw.

s. 224, Sławomir Mrożek: 
Przyszła mi kiedyś do głowy myśl wcale pewnie nie oryginalna, ale dla mnie owocna, bom ją sobie wymyślił, o jeszcze jednym, kto wie zresztą czy nie kardynalnym powodzie tej bidusi, tej małorolności naszej literackiej. Jak u nas załatwiło się to, co ogólnie można nazwać Bogiem? Z jednej strony monopol na Boga ma u nas „Tygodnik Powszechny” i ksiądz Wyszyński i prawdopodobnie zawsze tak było. Zresztą to są nasi najwięksi myśliciele metafizyczni, Dobraczyński, Zawieyski , a pewnie choć nazwisk nie znam ani historii na tyle, poprzednicy ich tyleż samo wartali, przecież nawet Sienkiewicz nie był tęgim filozofem teologicznym na naszą skalę, w Quo vadis mianowicie. Z drugiej strony cały ten obozik poczciwy laickich liberałów, ci międzywojenni inteligenci postępowi, którzy i tak lepsi, ta owa myśl nasza laicka, warta tyle samo, ile nielaicka, wart Pac pałaca. Słonimski miły, ale nie można powiedzieć, żeby ducha miał potężnego. Boy dowcipny, ale nie można powiedzieć, żeby wstrząsał. Coś mi się wydaje, że zawsze tak w Polsce było. Albo kruchta, albo oświecenie, a jedno warte drugiego jako kaliber. Mnie nie chodzi przecież ani o religie, ani o nie religie, tylko o zasadnicze doświadczenie ludzkości, którego obecność daje przecież nam odkryć we wszystkim, co w literaturze zostało dokonane najlepszego, chodzi mi o ten proces, o tę temperaturę, o te pytania, bez względu na odpowiedzi, o te zamachy i te rozmachy. U nas tylko w szkole mnie uczono, że Kasprowicz podobno „pasował się z Bogiem”, ale że Bóg i tak dał mu radę. Ja już nie mówię o Dostojewskim i Tołstoju, ale u kowboja Faulknera także przecież jest to milczenie na temat metafizyki, nawet jeżeli nie ma rozpraw, jest jakiś wymiar, o który mi chodzi, a którego w tradycji myślenia polskiego nie uświadczysz.

s. 225, Sławomir Mrożek: 
Zauważ, że narodową formą polską, naprawdę narodową, jest anegdota w literaturze, a w teatrze szopka. Także o specjalnej roli kostiumu w Polsce, roli nieznanej w tej formie gdzie indziej, można by dużo powiedzieć. Tutaj, przynajmniej w tej strefie tutejszości, którą udało mi się poznać, kostium desygnuje człowieka jako klasę, warstwę, grupę, wiek, sferę itd. Polska jest chyba jedynym krajem w Europie, gdzie kostium, szczegół kostiumu, wartość, rzadkość, piękność czy niezwykłość elementów czy całości kostiumu wyznaczają twoją wartość osobniczą, jednostkową. Toż to zupełnie już niesłychane.

s. 356-358, Jan Błoński: 
Pozwala to także wyjaśnić, czego właściwie Ty się w Polsce boisz. Tego samego co ja (zwłaszcza kiedy jestem tutaj): barbarzyńskiego ujęcia stosunków między jednostką a społecznością. Pojęcia jednostki jako „własności” społeczności, to znaczy, w ostatecznym rozrachunku, braku gwarancji prawnych. Istnienie Twoje (i każde), działalność, wygoda, zamożność są „oktrojowane” przez górę, nie mają suwerenności i prawomocności; jakiekolwiek w takiej Francji są nadużycia (a Bóg wie, że są), w społeczeństwie tkwi przeświadczenie o istnieniu pewnych norm prawnych, które - nawet jeśli są łamane - stanowią jakiś fundament, do którego można się odwołać i który reguluje - mimo wszystko - gros życia. Niemcy mają na to dobre określenie: państwo prawa, zbudowane na prawie, Rechtsstaat". Jest to fundamentalne osiągnięcie XIX wieku i mieszczaństwa w ogóle. Wszystko, co lekceważy to osiągnięcie, jest w istocie cofnięciem wstecz, w feudalizm, który jest, jak mi się zdaje, naturalnym stanem społeczeństw... Tak na przykład pojęcie państwa de Gaulle’a jest feudalne i dlatego nasz generał jest - obiektywnie - dowodem regresu kultury francuskiej, państwa i społeczności francuskiej. Pojęcie feudalne funduje stosunki między członkami społeczności na więzi osobistej, na akcie poddania i przyzwolenia. (Była w nim pewna wielkość i pewne wartości: np. wierność, honor, to inna sprawa, bo historia jest rzezią wartości, postępując naprzód, coś zawsze traci, marnuje). Bardzo znamienna rzecz: Karolek twierdzi, że skupia w sobie całą legalność na mocy wyboru ludu i dlatego on sam jest źródłem władzy sądowej (!), co mu pozwala np. zawieszać sędziego za artykuł w gazecie (ostatnio - sprawa Casamayora).Godne uwagi, że nie było nikogo absolutnie, kto by to pochwalił, nawet „Nation” gaullistowska, która przemilcza sprawę. Ale wracam do naszych spraw. Pod pozorami postępu teoretyczny fundament władzy świadczy o powrocie w stosunki feudalne, co tym łatwiej przychodzi, że na dobrą sprawę nigdy prawie Polska, a wcale Rosja nie żyły pod innym systemem. Struktura partii, która sprawuje władzę, jest z ducha feudalna: zespół (faktycznie) grup i klik czy jak to nazwać, gdzie niżsi czerpią swą moc i kształtują karierę od wyższych, gdzie wynagradza się wierność i lojalność osobistą (sekretarza powiatowego względem wojewódzkiego itd.), nie sukcesy czy wypełnianie zadań; to jest przyczyna, dla której nigdy nie usuwa się skompromitowanych, zawsze znajduje się im synekurkę - chyba że naruszą zasady gry (Bieńkowski, Wolski - jeden odwoływał się do fachowców, którzy mogą być tylko doradcami, tymi klerkami, którzy pisali listy niepiśmiennemu królowi średniowiecznemu... drugi, ponad głową właściwego suzerena, odwoływał się do suzerena najwyższego, naruszał system podporządkowania hierarchicznego). Feudalne jest pojęcie prawa: lex ad hominem (wszędzie jest tak trochę, ale to kwestia miary i ilości). Prawo jest narzędziem (tymczasem powinno być odczuwane jako cel sam w sobie, nawet jeżeli tak naprawdę nie jest). Dlatego można wydawać okólniki sprzeczne z konstytucją i nie ma urzędu, który by badał zgodność rozporządzeń administracji z prawem przez nią samą wydanym - to byłoby tak, jak gonić za własnym ogonem. Zdaje mi się po prostu, że niepokój i poczucie zmieszania, jakie odczuwałeś w Warszawie, były tym samym niepokojem i pomieszaniem, które odczuwał np. Wolter we Francji XVIII wieku; monarchia była tolerancyjna, zamykała do Bastylii nielicznych, ale sama możliwość zamknięcia i to, że owo zamknięcie wypływało logicznie z systemu, były nie do zniesienia. Ten regres - ewidentny w porównaniu Siniawski-Tarsis (darujemy wariatowi, zamkniemy przykładnie trzeźwego; pierwszy grzeszy z niewiedzy, jest jak błazen królewski, któremu wszystko wolno, drugi złamał „przysięgę” feudalną) - cechuje zarówno nasze kraje, jak wszystkie nowo powstałe państwa azjatyckie, afrykańskie itd. Ten dzisiejszy feudalizm wyraża - jak mi się zdaje - wszędzie to samo: to mianowicie, że społeczeństwo jest niezintegrowane, de facto rozbite, że nie potrafi wytworzyć takiego systemu norm i wartości, który byłby wspólny dla góry i dołu, rządzących i rządzonych, klas wyższych i niższych (np. ludu z dżungli i miejskich urzędników w Dahomeju czy gdzieś tam; Kalwarii, Lanckorony i Alei Ujazdowskich). Inaczej mówiąc, społeczeństwo nie potrafi zawrzeć - między swoimi członkami, w sobie niejako - „umowy społecznej” (bo mi się zdaje, że Rousseau miał rację, że to jest znak może nie społeczeństwa w ogóle, ale społeczeństwa wyżej zorganizowanego). Nie potrafi uogólnić swoich postulatów i zasad postępowania tak, aby były przyjęte i uszanowane (a najpierw zrozumiane) przez większość decydującą. A jeśli nie potrafi, to pozostaje tylko stosunek zależności osobistej i państwo zamiast być „dobrem wspólnym” staje się „dziedzictwem króla” (kacyków plemiennych, partii, kasty). Słowem, skargi Twoje sprowadzają się zapewne do tego, że nie chcesz żyć w systemie z zeszłych epok. Ale może ludzkość nie poradzi sobie ze swoją wielkością i złożonością i cała powróci do takiego starego systemu? Nie można wykluczyć, chociaż, oczywiście, smutne by to było.


s. 339, Sławomir Mrożek: 
Spotkałem się z zarzutami, że staram się być kosmopolitą, ponieważ Zachód imponuje mi, staram się więc przystosować do Zachodu, wejść w jego stosunki, adaptować się. Poza tym, że Zachód mi imponuje, jest mi także na Zachodzie wygodniej niż w Polsce (co jest prawdą, ale tu trzeba by się zastanowić, co znaczy wygodniej, trudniej, w czym wygodniej, w czym trudniej). Stąd moje pozy i miny zachodnie, stąd moje oddalenie, oziębłość do ojczyzny. Otóż ta właśnie problematyka: kosmopolita, patriota, ojczyzna, nieojczyzna, wydaje mi się dziwnie nieświeża, przestarzała, w każdym razie nie czuję jej. Trochę zdziwiłem się nawet, kiedy się dowiedziałem, że i tak można o mnie myśleć. Może to i o to chodzi, że dla typowego myślenia polskiego wszelkie żywe zainteresowanie czymkolwiek, co nie jest tym kawałkiem świata wykrojonym z całości, Polską, wszelkie próby zrozumie¬nia ludzkiego, wejścia w problematykę, która nas na naszej własnej skórze bezpośrednio nie dotyczy, a nie daj już Boże pozytywna ocena tego czy tamtego, co nie jest nami - od razu jest oceniane jako odchodzenie od tego co nasze, a jako motyw tego: „kosmopolityzm”, usiłowanie, żeby zostać kosmopolitą, tak samo, jak można usiłować zostać graczem w golfa czy członkiem jakiegoś klubu. Nie wiem, powtarzam tylko, że ta problematyka „kosmopolita - patriota” nie jest moja, byłem nią zaskoczony.

s. 339-340, Sławomir Mrożek: 
w prywatnych rozmowach z rodakami nie ukrywam mojego stosunku do nacjonalizmu w ogóle, nie wyłączając nacjonalizmu polskiego. Może tu jest grzech? Zdumiewam się coraz bardziej. Bo można by to opisać przypowiastką. Był sobie pewien szczep, plemię, ale bardzo już kulturalne. Członkowie plemienia bardzo kulturalni, kulturalnie szydzili z tabu, które zabraniało - na przykład - przechodzenie pewną ścieżką w piątki. Wobec tego jeden z członków plemienia wybrał się na przechadzkę tą ścieżką właśnie w piątek, rozumując, że nic nie stoi na przeszkodzie, a najmniej owo dawno już zdyskredytowane tabu. Jakież było jego zdumienie, kiedy oblicza jego współplemieńców poczerwieniały, jakże kulturalne jeszcze przed chwilą, a głosy oburzenia domagały się kary dla bluźniercy.
Zaciekłość, zapiekłość, zajadłość, upokarza mnie i chciałbym być od niej wolny, nie są, nie mogą być od niej wolni Polacy. Pamiętam moje wielkie zmęczenie i obrzydzenie, poczucie czczości i pustki, ile razy w Warszawie wracałem z jakiegoś towarzyskiego spotkania, na którym tak orgiastycznie narzekało się i szydziło do późnej nocy, ciche światło lampy, zakąski, kieliszek od czasu do czasu, na dworze zawieja i narzekanie, narzekanie, narzekanie, jak narkotyk. Ale jak tu nie narzekać?

s. 393, Sławomir Mrożek: 
uważam, że naród, że życie narodu to nie żaden abstrakcyjny duch narodu, nie żadne tajemnicze siły biologiczne, ale jego konkretne życie na co dzień, a to konkretne życie przejawia się w konkretnych formach, w strukturach, funkcjonowaniu, w każdym przybiciu gwoździa do ściany przez polskiego rzemieślnika wyraża się w pełni i jedynie to życie narodu, w gatunku tego gwoździa i ściany, jak również młotka, w funkcji, w jakiej to przybijanie następuje, w stanie psychicznym, umysłowym przybijającego tylko i wyłącznie jest życie narodu. Dlatego nie można odcinać tego, co tam się dzieje, co tam jest, od jakiegoś ducha, wprowadzić podziału nieprzemakalnego, a jeżeli taki podział się wprowadza, to tylko w złej wierze, żeby sobie załatwić jaki taki spokój sumienia i trochę bezpodstawnej nadziei. Nie wolno sobie oddzielać ustroju od narodu, bo naród, czy chce, czy nie chce, w tym ustroju żyje, w nim tylko się wyraża, jest nim, chociaż ustrój nie jest narodem. W każdym sensie władza na pewno ma rację, kiedy wygłasza przemówienia o zwycięstwie socjalizmu w Polsce. Kiedy wkładam na siebie na przykład zieloną parę spodni, to nie mogę przez cały dzień zapewniać wszystkich, że ja wewnętrznie jestem przeciwny zielonym spodniom i w związku z tym one wcale nie są zielone. Takie postępowanie prowadzi do schizofrenii narodowej, którą obserwujemy u tylu znajomych, a że coś jest nie w porządku, o tym świadczy obolałość, drażliwość i moral insanity, zastraszająco przybierające na sile w naszym środowisku krajowym.