Picasa
Kontakt


s. 381-382:
Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo...

"Powiedzieliśmy, że działalność wychowawcza w szerokim sensie może stanowić dla Ligi Narodowej i Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego prawdziwszy przedmiot dumy niż ich akcje stricte polityczne. Faktem jest bowiem autentyczny i wielki wkład tej działalności formacyjnej w rozbudzenie dążeń patriotycznych w zgnębionym długą niewolą społeczeństwie. Obok tego wkładu trzeba także widzieć i odpowiedzialność tego obozu za deformację ethosu społecznego w Polsce elementami niedemokratycznego i niehumanistycznego nacjonalizmu. Bolesnym następstwem tej deformacji były między innymi ekscesy antyżydowskie młodzieży narodowej w latach trzydziestych na wszystkich niemal uczelniach polskich — bodaj tylko opisywana przez nas poprzednio Wolna Wszechnica Polska była od nich wolna. I choć chciałoby się w tamtych wydarzeniach widzieć jedynie swoisty typ chuligaństwa i rozwydrzenia, a nie logiczną konsekwencję wcześniejszego o lat trzydzieści skrzywienia pedagogiki społecznej w programie ideologicznym narodowców, to jednak pominięcie tego związku przyczynowo-skutkowego jest niemożliwe. Świadczą o tym choćby karty pisanej wtedy właśnie, w latach trzydziestych, powieści dla młodzieży, którą pod tytułem Dziedzictwo wydał niejaki Kazimierz Wybranowski. Treścią książki jest walka, jaką ze wszystkim, co polskie, prowadzą wszyscy Żydzi i masoni, walka oszczerstwem, skrytobójstwem, podpalaniem, przekupstwem i szantażem. Główny bohater, polski ziemianin, zorientowawszy się w sytuacji, potrafi pokonać mafię czyhających nań złoczyńców i osiąga indywidualne zwycięstwo. Ale stary działacz narodowy, będący porte-parole autora, stwierdzi, że ta droga indywidualnej odwagi i walki z zachowaniem zasad rycerskości nie wystarczy. Tu trzeba zmobilizować całą opinię publiczną do pełnej bezwzględności w walce z obcym żywiołem, który wszelkimi środkami cytuję: trzeba tępić, jak się tępi drapieżne zwierzęta i jadowite gady! To już była wyraźna pochwała pogromów i wypraw z laskami. A istotne jest w tej powieści przede wszystkim to, że pod pseudonimem Kazimierza Wybranowskiego krył się sam Roman Dmowski, od czterdziestu pięciu lat stojący na czele obozu narodowego. Powieść swą nazwał Dziedzictwo i była to nazwa prawdziwa: w tym, co działo się na naszych wyższych uczelniach lat trzydziestych, było jakieś przerażające dziedzictwo degeneracji idei patriotyzmu w nacjonalizm wśród odłamu polskiego społeczeństwa, a w nim — i części polskiej inteligencji". 



wyd. 1. - katolicka Księgarnia św. Wojciecha z Poznania



wyd. 2. - katolicka Księgarnia św. Wojciecha z Poznania




wyd. współczesne, Nortom, Warszawa 2003


wyd. współczesne, Ostoja, Warszawa 2010

Polak-katolik

"Przekonanie o posiadaniu prawdy pełnej, istotnej i dostatecznie rozwiązującej wszystkie kwestie, ma swoje liczne konsekwencje zarówno w widzeniu rzeczywistości, jak i w stylu działania, jak wreszcie w stosunku do wszystkich wszystkiego. W katolicyzmie polskim tamtej epoki, a zwłaszcza w katolicyzmie Kongresówki uderza brak jakiejkolwiek ambicji osiągnięcia poziomu intelektualnego i kulturalnego umożliwiającego kontakt ze współczesnością. Posiadaczowi całej prawdy taka ambicja, a w pewnej mierze i taki kontakt wydawały się nie bardzo potrzebne.

Zaniedbanie odczytywania znaków czasu okaleczyło ideologię Polaka-katolika nie tylko w płaszczyźnie cywilizacyjno-kulturowej, odcięło go nie tylko od współczesnej wiedzy i myśli filozoficznej. Pozbawiło go także jeszcze czegoś istotniejszego, bo zrozumienia i docenienia zjawisk społecznych, które były motorem działania historii tamtej epoki i następnych dziesięcioleci. Narastający od stulecia przynajmniej konflikt socjalny kapitalizmu zbliżał się do chwili otwartego wybuchu, proletariat był już na scenie dziejowej i organizował się do walki o swe prawa. Socjalizm w swej pomarksowskiej postaci stał się ideologią zwartą i rzucającą konkretne dyrektywy działania, jego hasła docierały do coraz szerszych kręgów i budziły coraz powszechniejsze zainteresowanie. Rzeczywistość, na której się opierał, a więc przemysł fabryczny z jego kapitalistycznym wyzyskiem dawno przestał być zjawiskiem jedynie zachodnioeuropejskim. W krajobraz Kongresówki wrysowały się coraz liczniejsze kominy, rosły dzielnice robotnicze miast, potęgowała się nędza. Powoli nowe hasła docierać zaczynały na wieś, znajdując już pierwszych swych apostołów w środowiskach chłopskich.

Polak-katolik nie zwrócił na to uwagi; do uprzemysłowienia rolniczego kraju i kapitalizacji gospodarki podszedł jak do ideologicznie nieistotnego, technicznego przekształcenia produkcji, w wyzysku kapitalistycznym widział jedynie przejaw niedostatku miłosierdzia chrześcijańskiego (bo nigdzie się tam przecie o sprawiedliwości społecznej nie mówiło) oraz brak cierpliwości i pokory chrześcijańskiej. Propaganda socjalistyczna jawiła mu się natomiast w kategoriach bandyckiego nieledwie podżegania do zbrodni publicznych.

Zjawisko konfliktu socjalnego kapitalizmu nie stanęło przed nim w perspektywie koniecznych przemian strukturalnych i ustrojowych społeczeństwa, nie dostrzegł w nim siły napędowej o znaczeniu także politycznym. Przez karygodnie długi czas nie pobudzało go ono także do rewizji problematyki moralności społecznej, co przecież w jakiejś zaczątkowej mierze sugerowała nawet kościelna inicjatywa w postaci encykliki Rerum novarum. Polak-katolik w konserwatyzmie swej wizji rzeczywistości wszelkie sugestie zmian czy choćby uzupełnień swej ideologii przyjmował niechętnie i opieszale nawet wtedy, gdy inspirowane były one autorytetem Kościoła powszechnego.

Lekceważenie znaków czasu we wszystkich dziedzinach osłabiało wagę ideową jego poglądów i zacieśniało niebezpiecznie wizję rzeczywistości. Niedocenienie jednak tak podstawowego jej aspektu, jakim był naczelny i rozciągający się na skalę światową konflikt społeczny, stało się najpoważniejszym kalectwem tej ideologii, która wskutek tego nie potrafiła dać adekwatnej do potrzeb epoki odpowiedzi na podstawowe pytanie swojej współczesności. To właśnie zaniedbanie bardziej niż jakiekolwiek inne uczyniło Polaka-katolika formacją anachroniczną, ideowo i moralnie nie dość wydolną w powstającym na przełomie wieku nowoczesnym społeczeństwie polskim.

Mentalność posiadacza prawdy — i to prawdy, w myśl której wyzwolenie nadejdzie i stanie się udziałem ludzi dobrej woli i prawej wiary — miała i inne, poza niedocenianiem znaków czasu, konsekwencje w poglądach i postawach. Akcentowaniu moralno-ideowej postawy biernego oporu i trwania bez jakiegokolwiek manewru towarzyszyła pewna atrofia poczucia obowiązku aktywnego przeciwdziałania istniejącemu złu. Wiara w historiozoficzny sens niezasłużonego cierpienia skłaniała do oczekiwania na zwycięstwo prawdy wynikłe z jakiejś ingerencji zewnętrznej, nie domagała się natomiast podejmowania samodzielnego wysiłku odzyskania niepodległości. Sytuacja mogła — lecz nie musiała — być oceniana inaczej, gdy rozpoczęty już zryw wolnościowy skłaniał do uznania go za dzień oczekiwanej próby. Wtedy pójście w pole stanowiło jakąś konsekwencję poglądów Polaka-katolika, dla którego moralna godziwość tradycyjnej wojny o wolność zawsze była jasna i czytelna.

Mniej wyraźny moralnie był już jakikolwiek konspiracyjny spisek, stojący w sprzeczności z lojalnością wobec nie odrzuconej jeszcze oficjalnie władzy. Mógł być on jednak uzasadniony moralnie, gdy z uwagi na swe hasła uczestnik jego identyfikował się z uznanym w tej mentalności podmiotem politycznym, jaki stanowiła wspólnota religijno-narodowa. Gdy jednak — z biegiem pokoleń — ideę powstań zdecydowanie wyparła w dziejach spiskowych idea rewolucji, której podmiotem miał być proletariusz, ten spisek stracił całkowicie swe uzasadnienie moralne i Polak--katolik wyrzec się musiał udziału zarówno w przygotowaniu, jak i w uczestniczeniu w takim ruchu, który niósł na sobie wyraźne znamię przewrotu społecznego. Działanie polityczne w takich kategoriach było dlań nie tylko niemoralne, ale i w świetle jego prawdy — w ostatecznym rozrachunku zbędne.

Niedocenianie działania polityczno-społecznego nadawało tej ideologii pozór nawoływania do bierności, zamazywało istotną w założeniu ideologów Polaka-katolika różnicę między nim a konserwatywną ugodą partii realistów, ułatwiało ten niepożądany ze względów patriotycznych, a narzucający się z układu społecznego i wspólnoty światopoglądowej alians. Odcinał natomiast odeń żywioły bardziej skłonne do szukania aktywnych wyjść z sytuacji i tych, którym rodziły się w głowach nowe koncepcje irredenty. Polak-katolik wydawał się im w swoim nieporuszonym trwaniu zbyt bierny i skłonny do rezygnacji, a jego etyka polityczna — moralnością rąk czystych i pustych.

W rzeczywistości nie były to, jak już mówiliśmy wyżej, ręce puste. Ideologom Polaka-katolika zawdzięczało społeczeństwo najmocniej i najbardziej uparcie powtarzany postulat nieustępliwego trwania w biernym oporze. Zbyteczne jest powtarzanie, że ów bierny opór, choć sam nie mógł wprawdzie zapewnić powrotu niepodległości, stanowił jednak jego warunek konieczny, stwarzając klimat społeczny umożliwiający jakiekolwiek irredentystyczne działanie.

Sprowadzenie postulatów patriotycznych do biernego i legalnego oporu miało jednak określone konsekwencje dla moralności społecznej. Proponowane odejście w zamknięty krąg emigracji wewnętrznej zwalniało jakoś w znacznej mierze od odpowiedzialności za tok wypadków politycznych, a wobec wysiłków aktywistów spod innego znaku uczyło niezdrowego etycznie spektatorstwa i rozgrzeszało z obowiązków naturalnej solidarności współkrzywdzonych. Z odwróceniem ról powtarzał się skandal społecznej bierności i braku solidarności z czasów Konfederacji Barskiej.

Stawiając problem solidarności dotykamy innej, szczególnie bolesnej deformacji etycznej, jaka zagroziła społecznej mentalności Polaka-katolika. Przekonanie o posiadaniu prawdy określiło mianowicie w sposób bardzo niebezpieczny jego stosunek do ludzi o innych poglądach, do wyznawców innych ideologii politycznych i społecznych, wreszcie do ludzi o odmiennym światopoglądzie.

Całkowita pewność przekonania o słuszności własnych poglądów, uznanych za jedynie zbawienne i — co gorsza — jedynie uczciwe, ucinała możliwość porozumienia się z kimkolwiek spoza wspólnoty. W świetle przytoczonych poprzednio rozumowań porozumienie to wydawało się zresztą nieprzydatne — Polak-katolik był przekonany, że nie ma czego w tym spotkaniu szukać, a nadzieję przekazania własnych wartości od dawna uznał za zbyt nikłą, by miała ona go skłaniać do jakichkolwiek wysiłków znalezienia wspólnego języka. W przeciwnikach ideologicznych nie chciał uznać partnerów, gardził nimi, widząc w nich odstępców podwójnych — wyznaniowych i narodowych. Nie chciał wierzyć w ich ideowość, wolał tworzyć mit, w myśl którego odmienne od jego własnej koncepcje światopoglądowe, polityczno-narodowe czy społeczne sprowadzają się zawsze do złej woli, słabości lub wręcz zdrady. Uznając się za jedynego prawowiernego dziedzica ideowej tradycji polskiej, przeciwnikom swym odmawiał prawa do jej kontynuacji, przypisując im uleganie bądź — w najlepszym razie — destrukcyjnym wpływom Zachodu, bądź inspiracji żydowskiej, bądź ideologicznej dywersji sterowanej przez Petersburg czy Berlin, jak często komentowano działalność polskich socjalistów. Taka ocena zawierała w sobie dwa elementy potępienia: była zanegowaniem jakichkolwiek wartości moralnych w ideologii przeciwnika — a chodziło tu w ostatecznym rozrachunku o inteligenta-radykała, mniej lub bardziej zbliżonego do socjalizmu — jednocześnie zaś stanowiła o wyłączeniu tegoż radykała z ideowej wspólnoty narodowo-wyznaniowej, a więc z duchowej społeczności polskiej.

To wyłączenie z duchowej społeczności polskiej oznaczało jeszcze coś więcej: zerwanie solidarności, nawet w obliczu konfliktu ze wspólnym wrogiem zewnętrznym — z zaborcą. Etyka Polaka-katolika zakreślała bowiem cnocie solidarności wąski krąg wspólnoty narodowo-religijnej. Akcentowanie dramatycznej specyfiki sytuacji polskiej i szczególnej roli tego narodu w historii europejskiej nie tylko zniechęcało do sięgania po cudze wzorce i przykłady, ale przyzwyczajało stopniowo do myśli, że los wszystkich innych grup narodowościowych, rasowych czy społecznych można bez żadnych zahamowań pozostawić poza zasięgiem swej uwagi i zainteresowania. Nie była to jeszcze endecka etyka egoizmu narodowego w tej postaci, jaką nadali jej Balicki i Dmowski, tkwiła jednak w tych poglądach wstępna nauka „zdrowego nacjonalizmu”, obca starej tradycji polskiej, którą kontynuowali jeszcze w dziewiętnastym wieku radykalni „rewolucjoniści do wynajęcia”, jakimi okazywali się polscy demokraci w dobie Wiosny Ludów, a później w rosyjskim ruchu rewolucyjnym.

Polak-katolik wyzbył się, niestety, tego poczucia międzynarodowej solidarności, a w konsekwencji — wyłączywszy ze swej wspólnoty rodaka-radykała — przestał się poczuwać do jakiejkolwiek z nim współodpowiedzialności.

Radykał odpłacał mu zresztą tym samym. Cała mentalność konserwatywnego Polaka-katolika wydawała się radykalnemu inteligentowi absurdalna i niezmiernie obca. I on nie ufał swemu partnerowi walki o opinię publiczną, i on nie chciał wierzyć w ideowość przeciwnika. Na jego odwieczną prawdę sarmackiego katolicyzmu spoglądał nie tylko z cynicznym powątpiewaniem, ale z jakąś szczególną zawiścią. Zawiść tę znów można byłoby ilustrować przypomnieniem tekstów literackich Żeromskiego czy jeszcze znacznie wyraźniej — Brzozowskiego, pastwiącego się w Płomieniach nad tradycją szlacheckiego dworu.

Krytyka mentalności Polaka-katolika ze strony radykałów była ostra, często złośliwa i uproszczona, jak mogliśmy to zauważyć choćby na przykładzie cytowanych przy innej okazji wypowiedzi Nałkowskiego czy nawet mniej fanatycznego w swych ocenach Krzywickiego. W sferach inteligencji, radykalnych najczęściej, albo kwestionowano szczerość przekonań konserwatywnych, albo sprowadzono je do udrapowanej w tradycyjne symbole patriotyczne obrony interesów klasowych ziemiaństwa. Aspekt religijny ideologii Polaka-katolika wydawał się jedynie przejawem klerykalizmu społeczeństwa i jego ciemnoty, był więc stale i niewybrednie wyszydzany.

Najpoważniejszą i najgłębszą krytykę mentalności tradycyjnej zaprezentował w tamtej epoce Stanisław Brzozowski, pisząc Legendę Młodej Polski. Z cytatów z tego dzieła uczyńmy więc ostatnią w tym rozważaniu ilustrację, której zadaniem będzie ukazanie ogromu psychicznego dystansu i nieufności, dzielących ideologa radykalnej inteligencji od Polaka-katolika".

s. 321-329

 

"Rzeczywistość była jednak znacznie bardziej skomplikowana. I to już wtedy. Badany przez nas konflikt okazał się wynikiem przeciwnie ukierunkowanych mentalności, nie tylko odmiennych, ale we wzajemnej wrogości wychowanych dwóch niemal niezależnych od siebie formacji myślowych, ideowych, moralnych. Formacje te nie mogły się wzajemnie afirmować, a dziedziczący je ludzie nie potrafili ze sobą współdziałać, nawet w obliczu wielkich celów i wielkich zagrożeń. To był społeczny i ideologiczny dramat polskiego końca wieku dziewiętnastego i początków dwudziestego.

W płaszczyźnie ideologii dramat ten stał się już historią. Jednak różnica mentalności i formacji ideowo-moralnych żłobi w społeczeństwie bruzdy nie tylko najgłębsze, ale i najtrwalsze. Tak trwałe, że widoczne i w epoce, w której obie strony dawnego konfliktu przeszły długą i znamienną ewolucję, a istotne granice ideowe przebiegają zupełnie inaczej. Przekroczenie dawnej bruzdy nie jest łatwe i od obu stron wymaga trudnej, bo krytycznej i uczciwej rewizji własnego rodowodu ideowego, własnej mentalności i wrośniętego w nią kodeksu moralności społecznej. Dokonanie tego wysiłku jest jednak niezbędnym warunkiem przyszłości skierowanej ku integracji ideowej społeczeństwa, dla którego rozważany przez nas dawny konflikt radykalnego inteligenta z Polakiem-katolikiem powinien stanowić pouczającą swym dramatyzmem lekcję historii".

s. 332-333.